Gdy staram się znaleźć najtrafniejsze i zarazem przyzwoite słowo określające stan infrastruktury drogowej i rowerowej w moim mieście Wałbrzychu do głowy przychodzi mi wyłącznie „katastrofa”. Dziurawe jak ser szwajcarski jezdnie oraz całkowity brak jakichkolwiek ścieżek rowerowych sprawiają, że jazda po mieście przypomina walkę o utrzymanie równowagi i o życie.
Moje miasto położone jest w górach (Góry Wałbrzyskie to nie Alpy, ale jednak zawsze). Charakterystyczne dla takich miejscowości jest wpasowanie się infrastruktury w krajobraz. Dzielnice poprzecinane są górkami. Osiedla ulokowane są w dolinach lub na zboczach, a między nimi puste przestrzenie. W efekcie miasto na mapie przyjmuje kształt podłużny. Możecie sobie wyobrazić co dzieje się, gdy z jednego końca miasta na drugi (15 kilometrów) jadą samochody jedną drogą. Korki. Wieczne korki.
Brak dróg i pofalowany teren na pierwszy rzut oka wybitnie nie sprzyjają miejskiemu rowerowaniu. A jednak. Zamiast biadolić znalazłem swój sposób na skuteczne zaganianie rowerem do pracy. Jeśli ma się rower górski i zna okolicę, można zamiast jezdni wybrać alternatywną drogę poprowadzoną leśnymi i polnymi ścieżkami. Ja tak właśnie robię.
Codziennie rano opuszczam moje osiedle-blokowisko jadąc starym, poniemieckim nasypem kolejowym, teraz pozbawionym torów i równym jak szutrowa ścieżka w kierunku uroczego uzdrowiskowego miasteczka Szczawno – Zdrój. Tam przejeżdżam bocznymi drogami wśród starych, pięknych drzew i domów zdrojowych kierując się do słynnej stadniny koni. Następnie skręcam na szlak rowerowy, który prowadzi mnie zboczem Chełmca (851 m n.p.m.), największej pobliskiej góry. Las jest tu bardzo gęsty i stanowi ulubione miejsce lokalnych rowerzystów. Oczywiście nie wjeżdżam na górę, ale kieruję się w stronę dzielnicy Wałbrzycha Biały Kamień. Ponownie wpadam na dawną drogę kolejową i jadę malowniczym wąwozem. To najlepsza część trasy. Po bokach wystające, ostre pionowe skały strzelające kilka metrów w górę. Spotkanie saren nie jest tu rzadkością. Pojawiają się nawet czasem muflony, których najwięcej spotkać można w pobliżu Książańskiego Parku Narodowego. Las opuszczam niechętnie, bo ostatnie 3 kilometry muszę przejechać drogą asfaltową, która prowadzi do centrum i miejsca mojego przeznaczenia.
Czas dojazdu? 35-40 minut. Dystans: 12 km (3 km asfaltem). Gdybym jechał samochodem lub rowerem wybierając wyłącznie drogi, byłbym 10 minut szybciej. Ale dla tych kilku minut naprawdę warto obcować z przyrodą, porozmyślać o różnych sprawiać i dotlenić się. I tak sobie myślę, że mam naprawdę niesamowite szczęście, że moje codzienne podróże do pracy i z powrotem przypominają weekendowe wycieczki. Aby tylko pogoda dopisała.
Igor