Zaczynamy serie wywiadów z VIP-ami [VERY INTERESTING PERSON], którzy wspierają naszą akcję. Dzisiaj osoba, która naszej rozmowie nadała następujący tytuł:
”Rowerzystka horyzontalna, czyli rozmowa z Agatą Saraczyńską „chorą” na cyklozę”
Z Agatą poznaliśmy całkiem przypadkowo. Można powiedzieć, że zamieszany był w to rower. W ostatnim piątek kwietnia 2009 roku udaliśmy się na Wrocławską Masę Krytyczną, aby „lansować” naszą idę Zaganiania Rowerów Do Roboty. Akurat tę Masę Krytyczną wstrzymała… policja. Gdy tak staliśmy i czekaliśmy, aż policjanci nas wszystkich wylegitymują, zagadnęła nas sympatyczna Pani, pytając o nam chodzi [to zresztą był nas pierwszy kontakt z mediami].
Wysłuchała nas, a potem powiedziała, że jest dziennikarzem i bardzo popiera takie inicjatywy. Obiecała, że napisze parę słów o naszej akcji, i tak się stało. Teraz wymyśliliśmy sobie, że zamienimy się rolami i to my zadamy jej parę
pytań.
ZagońRowerDoRoboty: Na początek pytanie filozoficzne. Dziennikarz to zawód czy powołanie?
Agata Saraczyńska: Dziennikarzem się bywa, choć to profesja i rodzaj skazy. Jestem historykiem sztuki, zajmowałam się obrazkami, architekturą, chciałam pracować w policji konserwatorskiej, prowadziłam galerię, byłam menadżerem kultury. Ale dopiero uczestniczenie w zdarzeniach, relacjonowanie ich, możliwość wpływania na rzeczywistość przez naświetlanie jej z własnej strony, dała mi tę dawkę adrenaliny, poczucie bycia po dobrej stronie, że chcę to robić. Pracuję jako dziennikarz, choć nim nie jestem – bo nie obiektywizuję, ale oceniam, oczywiście oddzielając informację od komentarza – i co gorsza nie umiem przestać. Zwłaszcza, że jest mnóstwo spraw wymagających opisania, naświetlenia, wskazania. Gdy chcę zabić, używam słowa, nie karabinu. Jest to metoda na życie, a nie tylko sposób zarabiania pieniędzy, który z filozofią nie miałby nic wspólnego.
ZagońRowerDoRoboty: Na rowerze przejechałam …
Agata Saraczyńska: Spory kawał życia. W dzieciństwie przegryzłam sobie język spadając z roweru podczas pierwszej lekcji jazdy – za dużo mówiłam o tym jak jest fajnie – miałam wtedy jakieś cztery lata. Na kartę rowerową zdawałam zakuta w gips po wypadku na nartach. Wszyscy się śmiali, że robię uprawnienia na wózek inwalidzki. Potem idąc piechotą wpadłam pod samochód i jeżdżenie o kulach komunikacją masową nasyciło mnie chorobliwą niechęcią do tłumu. Od 1982 roku jeżdżę rowerem z niewielkimi przerwami na ciążę i kolejne zdarzenia losowe. Jeżdżę po ulicach – najchętniej poza Polską – ale że mieszkam we Wrocławiu, to po naszych głównie. Lubię wyjeżdżać za miasto, ale odmawiam jeżdżenia po górach. Kategorycznie. Wolę pedałować 120 km po w miarę płaskim, niż 1 pod górę. Taki defekt, jestem cyklistą horyzontalnym i raczej indywidualnym. Maratony z setkami uczestników, rywalizacja, kompletnie mnie nie kręcą. W tłumie mogę jechać jedynie na Masie Krytycznej.
ZagońRowerDoRoboty: Na rowerze nie jeżdżę, gdy …
Agata Saraczyńska: Gdy dopadają mnie okoliczności uniemożliwiające pedałowanie. Włączam w to teraz także lód na nawierzchni, choć dawniej nie był mi on straszny. Zimą jeździłam składakiem o małych kółkach, teraz, z racji wieku i burzliwej przeszłości, jestem zbyt pouszkadzana, by pozwolić sobie na kolejne poważne kontuzje. Nie jeżdżę rowerem na zakupy robione 2 razy w miesiącu w ilościach hurtowych, które zwalniają mnie potem z myślenia o uzupełnianiu spiżarni rodzinnej. Staram się nie jeździć rowerem po spotkaniach z przyjaciółmi, podczas których pijamy wino. Powtarzam – staram się. Piwa i wódki nie piję. Nie jeżdżę rowerem gdy biegam na nartach, i gdy jadę daleko, by żeglować. Ale już wiem, że na jachcie warto mieć rower, wtedy wszędzie jest bliżej.
ZagońRowerDoRoboty: Jak Twoim zdaniem Polska wygląda „rowerowo” na tle innych krajów, jeżeli chodzi o jeżdżenie rowerem?
Agata Saraczyńska : Siermiężnie, gorzej niż azjatycko, choć widać jaskółki zmian. Mój redakcyjny kolega zapytał mnie nie tak dawno temu, czy nie czuję się gorsza jeżdżąc do pracy rowerem . Początkowo nie zrozumiałam grozy tego pytania. Kiedy zorientowałam się, że uznawał on samochód wizytówkę statusu, to z jeszcze większą zajadłością zaczęłam podkreślać swoje spedalenie. Jeśli dziennikarz, redaktor, ma takie wyobrażenie o świecie, to trudno się dziwić kierowcom ciężarówek, że spychają mnie na pobocze, że trąbią gdy jadę przed nimi. W Polsce rowerzysta traktowany jest jak śmieć, irytująca przeszkoda utrudniająca jazdę, a do tego ma jeszcze czelność stawiać żądania. A to ścieżek nam się zachciewa, a to europejskich standardów, a to zmian przepisów ruchu, które zrównałyby nas z innymi użytkownikami ruchu. Mieszkając w Berlinie, jeżdżąc po Amsterdamie, Paryżu, czy Helsinkach wiem, że daleko nam jeszcze do normalności. Tam na rowerach mijałam się z urzędnikami, szefami firm, kobietami na obcasach w strojach formalnych. Tu wciąż wszystkiemu winni są Żydzi, masoni i cykliści. No i ekoterroryści.
ZagońRowerDoRoboty: Pytają nas często „Jak zachęcić ludzi do dojeżdżania do pracy na rowerze?” Jaki jest Twój pomysł?
Agata Saraczyńska: Jeździć. Pokazywać, że rower daje wolność, zdrowie, uśmiech. Banalnie, że to lepszy wariant życia w mieście i poza nim. Że jeżdżą fajni ludzie, którzy chcą czegoś od życia. Zamierzam w najbliższym czasie pokazywać w Gazecie, że rower to rodzaj sprzeciwu wobec bezsensu, miałkiej konsumpcji i marnego życia, to wybór podejmowany przez osoby myślące. Mam już listę kilku profesorów, dyrektorów, ważnych urzędników jeżdżących rowerami, chorych na „cyklozę”. To oni dają przykład, im nie jest wszystko jedno. A my, jako Gazeta Wyborcza, i ja – Agata Saraczyńska – jesteśmy za świadomym wyborem.
ZagońRowerDoRoboty: Jak ty „załapałaś” cyklozę?
Agata Saraczyńska: W naturalny sposób. W przeszłości moi przodkowie codziennie robili przejażdżki konne, spacerowali. Nie tylko mężczyźni uprawiali sport, ale i prababcie grały w tenisa, chodziły po górach, pływały. Jeździły na nartach, no i na rowerze. Oczywiście nie do pracy, ale rekreacyjnie. Dlatego dożywały sędziwego wieku mimo zgryzot wynikających z tragedii losu. Z domu wyniosłam przekonanie, że rower to fajna rzecz. Przyjaciel jak koń, o którego trzeba dbać i go szanować. Że to to nie tylko dobry patent na zdrowy tryb życia, ale szansa swobodnego przemieszczania się. To szansa na szybsze dotarcie tam, gdzie długo trzeba iść, a dojechać autem nie sposób. To szansa na omijanie korków, zobaczenie więcej, kontakt z ludźmi. Jadąc do pracy, nawet w paskudną pogodę, wracając do domu w stanie totalnego wykończenia robotą, po chwili pedałowania czuję, że mój mózg zaczyna pracować inaczej. Ruch, wysiłek, wiatr w uszach, uwalniają moje endorfiny, hormony szczęścia. Więc jadę i uśmiecham się do siebie w błogim samozadowoleniu. To uzależnia.
ZagońRowerDoRoboty: Jak postrzegasz to co robimy?
Agata Saraczyńska: Pełen szacun, nie tylko dlatego, że zaganiacie, ale pokazujecie, że warto się angażować, zmieniać. Człowiek, który zgadza się na zastaną, a nieakceptowalną rzeczywistość zamiera. Żyjcie długo, i zaganiajcie szczęśliwie. Chętnie Wam pomogę.
Agata Saraczyńska – cyklistka, dziennikarka. Pasjonatka historii, kultury i natury. Pracuje w Gazecie Wyborczej od 1992 roku. Jeździ rowerem już 43 lata, świadomie wybiera go jako środek komunikacji miejskie od 1982 roku.