Zagoń Rower Do Roboty

Wzorem innych krajów, korzystając z ich doświadczeń oraz dobrych praktyk Inicjatywa ChrońSkroń.pl postanowiła zapoczątkować “nową świecką tradycję” również w kraju nad Wisłą. Zmęczeni wysłuchiwaniem utyskiwań, biadolenia i ciągłego narzekania jak to bardzo źle mają rowerzyści postanowiliśmy dla odmiany zaproponować działania pokazujące, że warto jeździć rowerem w mieście choćby tylko do pracy na początek. Więcej na temat naszej akcji dowiesz się tutaj>>
maj
25

Rowerzystka horyzontalna

Autor arek

Zaczynamy serie wywiadów z VIP-ami  [VERY INTERESTING PERSON], którzy wspierają naszą akcję. Dzisiaj osoba, która naszej rozmowie nadała następujący tytuł:

 ”Rowerzystka horyzontalna, czyli rozmowa z Agatą Saraczyńską „chorą” na cyklozę”

Z Agatą poznaliśmy całkiem przypadkowo. Można powiedzieć, że zamieszany był w to rower. W ostatnim piątek kwietnia 2009 roku udaliśmy się na Wrocławską Masę Krytyczną, aby „lansować” naszą idę Zaganiania Rowerów Do Roboty. Akurat tę Masę Krytyczną wstrzymała… policja. Gdy tak staliśmy i czekaliśmy, aż policjanci nas wszystkich wylegitymują, zagadnęła nas sympatyczna Pani, pytając o nam chodzi [to zresztą był nas pierwszy kontakt z mediami].

Wysłuchała nas, a potem powiedziała, że jest dziennikarzem i bardzo popiera takie inicjatywy. Obiecała, że napisze parę słów o naszej akcji, i tak się stało. Teraz wymyśliliśmy sobie, że zamienimy się rolami i to my zadamy jej parę
pytań.

ZagońRowerDoRoboty: Na początek pytanie filozoficzne. Dziennikarz to zawód czy powołanie?
Agata Saraczyńska: Dziennikarzem się bywa, choć to profesja i rodzaj skazy. Jestem historykiem sztuki, zajmowałam się obrazkami, architekturą, chciałam pracować w policji konserwatorskiej, prowadziłam galerię, byłam menadżerem kultury. Ale dopiero uczestniczenie w zdarzeniach, relacjonowanie ich, możliwość wpływania na rzeczywistość przez naświetlanie jej z własnej strony, dała mi tę dawkę adrenaliny, poczucie bycia po dobrej stronie, że chcę to robić. Pracuję jako dziennikarz, choć nim nie jestem – bo nie obiektywizuję, ale oceniam, oczywiście oddzielając informację od komentarza – i co gorsza nie umiem przestać. Zwłaszcza, że jest mnóstwo spraw wymagających opisania, naświetlenia, wskazania. Gdy chcę zabić, używam słowa, nie karabinu. Jest to metoda na życie, a nie tylko sposób zarabiania pieniędzy, który z filozofią nie miałby nic wspólnego.

ZagońRowerDoRoboty: Na rowerze przejechałam …
Agata Saraczyńska: Spory kawał życia. W dzieciństwie przegryzłam sobie język spadając z roweru podczas pierwszej lekcji jazdy – za dużo mówiłam o tym jak jest fajnie – miałam wtedy jakieś cztery lata. Na kartę rowerową zdawałam zakuta w gips po wypadku na nartach. Wszyscy się śmiali, że robię uprawnienia na wózek inwalidzki. Potem idąc piechotą wpadłam pod samochód i jeżdżenie o kulach komunikacją masową nasyciło mnie chorobliwą niechęcią do tłumu. Od 1982 roku jeżdżę rowerem z niewielkimi przerwami na ciążę i kolejne zdarzenia losowe. Jeżdżę po ulicach – najchętniej poza Polską – ale że mieszkam we Wrocławiu, to po naszych głównie. Lubię wyjeżdżać za miasto, ale odmawiam jeżdżenia po górach. Kategorycznie. Wolę pedałować 120 km po w miarę płaskim, niż 1 pod górę. Taki defekt, jestem cyklistą horyzontalnym i raczej indywidualnym. Maratony z setkami uczestników, rywalizacja, kompletnie mnie nie kręcą. W tłumie mogę jechać jedynie na Masie Krytycznej.

ZagońRowerDoRoboty: Na rowerze nie jeżdżę, gdy …
Agata Saraczyńska:
Gdy dopadają mnie okoliczności uniemożliwiające pedałowanie. Włączam w to teraz także lód na nawierzchni, choć dawniej nie był mi on straszny. Zimą jeździłam składakiem o małych kółkach, teraz, z racji wieku i burzliwej przeszłości, jestem zbyt pouszkadzana, by pozwolić sobie na kolejne poważne kontuzje. Nie jeżdżę rowerem na zakupy robione 2 razy w miesiącu w ilościach hurtowych, które zwalniają mnie potem z myślenia o uzupełnianiu spiżarni rodzinnej. Staram się nie jeździć rowerem po spotkaniach z przyjaciółmi, podczas których pijamy wino. Powtarzam – staram się. :) Piwa i wódki nie piję. Nie jeżdżę rowerem gdy biegam na nartach, i gdy jadę daleko, by żeglować. Ale już wiem, że na jachcie warto mieć rower, wtedy wszędzie jest bliżej.

ZagońRowerDoRoboty: Jak Twoim zdaniem Polska wygląda „rowerowo” na tle innych krajów, jeżeli chodzi o jeżdżenie rowerem?
Agata Saraczyńska
: Siermiężnie, gorzej niż azjatycko, choć widać jaskółki zmian. Mój redakcyjny kolega zapytał mnie nie tak dawno temu, czy nie czuję się gorsza jeżdżąc do pracy rowerem. Początkowo nie zrozumiałam grozy tego pytania. Kiedy zorientowałam się, że uznawał on samochód wizytówkę statusu, to z jeszcze większą zajadłością zaczęłam podkreślać swoje spedalenie. Jeśli dziennikarz, redaktor, ma takie wyobrażenie o świecie, to trudno się dziwić kierowcom ciężarówek, że spychają mnie na pobocze, że trąbią gdy jadę przed nimi. W Polsce rowerzysta traktowany jest jak śmieć, irytująca przeszkoda utrudniająca jazdę, a do tego ma jeszcze czelność stawiać żądania. A to ścieżek nam się zachciewa, a to europejskich standardów, a to zmian przepisów ruchu, które zrównałyby nas z innymi użytkownikami ruchu. Mieszkając w Berlinie, jeżdżąc po Amsterdamie, Paryżu, czy Helsinkach wiem, że daleko nam jeszcze do normalności. Tam na rowerach mijałam się z urzędnikami, szefami firm, kobietami na obcasach w strojach formalnych. Tu wciąż wszystkiemu winni są Żydzi, masoni i cykliści. No i ekoterroryści.

ZagońRowerDoRoboty: Pytają nas często „Jak zachęcić ludzi do dojeżdżania do pracy na rowerze?” Jaki jest Twój pomysł?
Agata Saraczyńska:
 Jeździć. Pokazywać, że rower daje wolność, zdrowie, uśmiech. Banalnie, że to lepszy wariant życia w mieście i poza nim. Że jeżdżą fajni ludzie, którzy chcą czegoś od życia. Zamierzam w najbliższym czasie pokazywać w Gazecie, że rower to rodzaj sprzeciwu wobec bezsensu, miałkiej konsumpcji i marnego życia, to wybór podejmowany przez osoby myślące. Mam już listę kilku profesorów, dyrektorów, ważnych urzędników jeżdżących rowerami, chorych na „cyklozę”. To oni dają przykład, im nie jest wszystko jedno. A my, jako Gazeta Wyborcza, i ja – Agata Saraczyńska – jesteśmy za świadomym wyborem.

ZagońRowerDoRoboty: Jak ty „załapałaś” cyklozę?
Agata Saraczyńska:
W naturalny sposób. W przeszłości moi przodkowie codziennie robili przejażdżki konne, spacerowali. Nie tylko mężczyźni uprawiali sport, ale i prababcie grały w tenisa, chodziły po górach, pływały. Jeździły na nartach, no i na rowerze. Oczywiście nie do pracy, ale rekreacyjnie. Dlatego dożywały sędziwego wieku mimo zgryzot wynikających z tragedii losu. Z domu wyniosłam przekonanie, że rower to fajna rzecz. Przyjaciel jak koń, o którego trzeba dbać i go szanować. Że to to nie tylko dobry patent na zdrowy tryb życia, ale szansa swobodnego przemieszczania się. To szansa na szybsze dotarcie tam, gdzie długo trzeba iść, a dojechać autem nie sposób. To szansa na omijanie korków, zobaczenie więcej, kontakt z ludźmi. Jadąc do pracy, nawet w paskudną pogodę, wracając do domu w stanie totalnego wykończenia robotą, po chwili pedałowania czuję, że mój mózg zaczyna pracować inaczej. Ruch, wysiłek, wiatr w uszach, uwalniają moje endorfiny, hormony szczęścia. Więc jadę i uśmiecham się do siebie w błogim samozadowoleniu. To uzależnia.

ZagońRowerDoRoboty: Jak postrzegasz to co robimy?
Agata Saraczyńska:
Pełen szacun, nie tylko dlatego, że zaganiacie, ale pokazujecie, że warto się angażować, zmieniać. Człowiek, który zgadza się na zastaną, a nieakceptowalną rzeczywistość zamiera. Żyjcie długo, i zaganiajcie szczęśliwie. Chętnie Wam pomogę.

Agata Saraczyńska – cyklistka, dziennikarka. Pasjonatka historii, kultury i natury. Pracuje w Gazecie Wyborczej od 1992 roku. Jeździ rowerem już 43 lata, świadomie wybiera go jako środek komunikacji miejskie od 1982 roku.

Podziel się z innymi:
  • Print
  • Wykop
  • Digg
  • Sphinn
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Technorati

Dodaj coś od siebie

Wspierają nas