Się tak złożyło, że w wszechświecie blogowym prawie w tym samym czasie użyty został ten sam kawałek Queenów do zilustrowania różnych spraw. U mnie poszło w kierunku funu z jazdy i nie dania się pogodzie. Dzisiaj podesłano mi linka do posta pod tytułem „I want to ride my bicycle”. Aż nie mogłem uwierzyć, że napisał to człowiek, który jeździ „rowerem i komunikacją miejską”. Zresztą już na początku zaczyna się jak w dobrym thrillerze: „[...] napiszę o moich braciach w niedoli – cyklistach. Proszę państwa, w większości to są bezmyślne chamy. [...]„
Się wciągnąłem. Przeczytałem. I ze zdecydowaną większość postawionych rowerowej braci zarzutów zgadzam się:
- tak na oko 90% rowerzystów nie ma bladego pojęcia o przepisach ruchu drogowego;
- zmiana pasów bez oglądania się za siebie, włączanie się do ruchu na rympał (bo przecież jestem wąski i mogę sobie skręcać w prawo kiedy zechcę – wozy na pewno mnie miną);
- niesygnalizowanie skrętu, swobodne przeskakiwanie między ulicą i chodnikiem, bez oglądania się na pieszych i samochody czy jazda dwóch albo więcej rowerzystów obok siebie;
- Mroczni Rycerze - np. maszynka na oko za trzy, cztery klocki, na siodełku właściciel wyglądający na inteligentnego pracownika umysłowego a wszystko razem to jedna, wielka czarna dziura. Oprócz firmowych odblasków nic.
- naprawdę nie trzeba kończyć klasy mat-fiz żeby wiedzieć, że samochód nie jest w stanie zatrzymać się w miejscu i istnieje coś takiego jak droga hamowania;
- mało który rowerzysta wie, że na chodniku jesteśmy w gościach i w związku z tym powinniśmy zachować na nim wzmożoną uwagę.
Polecam zapoznanie się z cały postem i ostrą dyskusją . Ja w każdym razie popieram autora, jako ten który jeździ autem i rowerem [komunikacji miejskiej unikam]. I tak samo mnie szlag trafia na tych w puszkach, jak i na tych na dwóch kołach.